|
Poezja to mówiące malarstwo, a malarstwo - milcząca poezja. Symonides
|
|
Poezja jest tym, co daje usta rzeczom niemym. Mieczysław Jastrun
|
|
 |
Więcej niż chwile
Mira Mączyńska
W parku, obok którego zatrzymuje się autobus, pachnie teraz kredkami - takimi kupionymi dopiero w sklepie. Pyszne jest tutaj babie lato. Słońce świeci cudownymi promyczkami - jest ciepło i kolorowo. Dzieci ganiają tylko w sweterkach.
Ciekawe czy tutaj wysiądziemy?!
Jak dobrze, że mama miała sprawy w mieście, bo bez jakiegoś pretekstu trudno ją wyciągnąć z domu. Lubię Park Kochanowskiego. Jest trochę tajemniczy. Słychać tu różne dźwięki, przechodzą tędy niezwykli ludzie, ale najprzyjemniejsze są dni, kiedy spadają pod nogi kasztany i skaczą po asfaltowej ścieżce, lśniące, świeże, brązowo-rude.
Mamusia spojrzała na mnie i uśmiechnęła się porozumiewawczo - wysiadamy!
Doskonale pamiętam gdzie rosną kasztanowce. Są takie wielkie, że kasztanów wystarczy dla wielu dzieci. Wiedziałem, że mogę tam pobiec, i że mamusia mnie znajdzie. Znalazła i usiadła na ławce, ale już po chwili pytała:
- Masz pełne kieszenie?
- Mam, ale jest tak pięknie, zostańmy jeszcze...
- Nie możemy, przyjdziemy jutro na dłużej - poszła na kompromis mama. Było mi smutno.
- Przecież to była tylko chwilka! - powiedziałam.
- Nie ma więcej czasu, a poza tym można się cieszyć nawet chwilkami, a może ta zostanie w twej pamięci razem z zapachem kredek i wówczas ta chwilka rozciągnie się i nie będzie już chwilką.
Nie byłam pewna tego, co mówiła mamusia, ale ona "czyta moje myśli" więc tłumaczyła mi dalej:
- Wiesz Julciu, lepiej mieć bardzo ważne troszkę, niż nic.
- I pamiętać? - próbowałam pogodzić się z losem.
Mamusia wyglądała na zadowoloną, więc poprosiłam, żeby wyjaśniła mi, kiedy się wie, że coś jest ważne?
- Przeważnie wtedy, gdy się to polubi, oswoi, ukocha, gdy staje się twoje własne.
- Mamusiu, a jak przyjedziemy tu jutro na dłużej, to który spacer będzie ważniejszy? - spytałam
- Zobaczysz sama - powiedziała mamusia, chwyciła mnie za rękę i dodała:
- Może jeden i drugi spacer będzie ciekawy. Przecież jutro możemy zabrać Julka i pojechać do innego parku.
- Ja wolę do tego - powiedziałam na to od razu i pomyślałam sobie, że mam już coś ważnego i własnego.
Wyszłyśmy z zielonej jeszcze alejki na ulicę.
- Mamusiu, dokąd idziemy? - spytałam, żeby wiedzieć, co mnie jeszcze czeka.
- Na Gdańską, a potem do Ratusza na Jezuicką - odpowiedziała mamusia, myśląc już wyraźnie o swoich sprawach.
No więc pójdziemy teraz ulicą Słowackiego. Znam już dużo nazw ulic, bo lubię zabierać się z mamą wszędzie, gdzie chodzi, a ona nie chce, żebym była jak owca i zwracała mi uwagę na to, czy wiem, gdzie jesteśmy.
Jesteśmy na Gdańskiej.
- Czy chcesz wejść do "Pelikana"? - pyta mnie mamusia. - Może potrzebne są ci jakieś przybory szkolne?
- Chciałabym ołówki w drewnianych oprawkach, takie malowane w różne wzorki, do domowej kolekcji - ucieszyłam się.
- Julek też zbiera ołówki?
- Nie, jemu możemy kupić gumkę.
"Pelikan" to jeden z tych sklepów, które "są zawsze" i jeden z tych, do których chętnie wchodzę.
Już jesteśmy prawie na miejscu. Wskakujemy po schodach do "Pelikana".
Ołówki były prześliczne, gumek też nie brakowała - mogła wybierać z takich, które świetnie zmazują ołówek. Mamusia mówi, że kiedyś podobno trudno było kupić dobrą gumkę. Za "Pelikanem" sklep niepodobny do innych - teraz mogę przeczytać - nazywa się "Desa". Dalej jest jakby dziedziniec z wielkim kasztanek i kioskiem ruchu, a za nim Muzeum Wyczułkowskiego. Byłam już tam nieraz.
Podobało mi się, kilka obrazów i fotel Leona Wyczułkowskiego, który stoi przy oknie, prawie tak samo, jak na jego obrazie. Wolałabym tutaj mieszkać, niż na osiedlu. Chociaż nie, nie! Nie mam zamiaru zmieniać szkoły i koleżanek! A tu mogę przyjeżdżać autobusem, albo tramwajem.
- Pamiętasz, gdzie jest ulica Jezuicka? - odezwała się mamusia (myślała pewnie, że jest mi smutno, bo nie gadałam dużo, ale ja wiem, kiedy nie warto się odzywać, bo ktoś jest zamyślony, a z powodu parku już nie byłam smutna: jest mój i mogę do niego wracać).
- Nie jesteś zmęczona?
- Skąd, w tak piękny dzień lubię się włóczyć.
- Zobaczymy, czy będzie ci się chciało.
Poszłyśmy doi sklepu po bułeczkę i mamusia zostawiła mnie z gołąbkami. Bardzo lubię gołębie i mogłabym się z nimi długo bawić. Spotkałam kiedyś panią, która mówiła do gołębi po imieniu. Siadały jej na ramionach, nawet na głowie. Opowiadała, że niektóre z nich miała w domu, bo były chore i musiała je karmić. Od tego czasu przyglądam się gołębią i widzę, jak bardzo różnią się między sobą. Ja wierzyłam w to, co mówiła tamta pani, ale Julek stwierdził, że bajerowała.
- Jestem - podeszła do mnie mamusia. - Chodźmy nad Brdę! Pójdziemy do kościoła.
- Ooo! Tam jest wodospad! - przypomniałam sobie.
- Niech ci będzie, ale naprawdę to tam jest zapora wodna. Możemy potem pójść wzdłuż rzeki do przystanku. Po drodze zobaczymy Wyspę Młyńską.
- Tam na pewno zakopana jest skrzynia ze skarbami. Prawda, że zawsze to przychodzi do głowy, gdy się patrzy na małą wysepkę i wielkie drzewa?
- Tak, chyba każdy lubi takie tajemnice - uśmiechnęła się mamusia.
Zeszłyśmy nad "wodospad". Nie było groźnie, bo słońce świeciło i w ogóle lubię taki szum wody. Lubię patrzeć jak płynie. Nad samą rzeką, idąc bulwarem, można obserwować rybitwy, wielkie tratwy widoczne pod powierzchnią, czasami pływają jakieś patyki.
W tej okolicy można sobie wyobrażać różne przygody. Patrząc już z mostu, świat znad Brdy i "wodospadu" jest mniej tajemniczy. Widać wioślarzy czasami jakiś stateczek przepływa, albo barka.
Kiedy wróciłyśmy do domu, mamusia musiała zająć się obiadem, a ja nie zwlekając ani chwili wyciągnęłam blok i kredki. Bardzo lubię rysować, szczególnie gdy coś się dzieje, bo wtedy pomysły same przychodzą do głowy.
Wyostrzyłam nowe ołówki i byłam bardzo szczęśliwa. Zapach kredek przypominał mi mój park, potem zapachniała mi rzeka i rysowałam wyspę skarbów.
|